Antybiotyk i co dalej…

 

Mieszkamy w Londynie dokładnie cztery miesiące. W tym czasie doświadczyliśmy już wielu sytuacji, które zaskoczyły nas. Mówię tu o sprawach z codziennego życia, na które w Polsce właściwie nie zwracaliśmy uwagi. Byliśmy przyzwyczajeni do tego, że tak jest i już. Tutaj spotkaliśmy się z wieloma tematami, w których postępuje się zgoła inaczej niż w Polsce. Oto pierwsza z nich.

Inspiracją do tego posta była niestety mało przyjemna sytuacja, bo choroba dziecka. Mianowicie moja córka obudziła nas w nocy z płaczem i bólem ucha. Wiedziałam, że dobrze nie jest! Rano zadzwoniliśmy do przychodni – JEST MIEJSCE. Pozytywne zaskoczenie! Do tej pory, w Polsce w tak nagłej sytuacji musieliśmy czekać na przyjęcie między pacjentami lub jechać na ostry dyżur, a tutaj prosze…wizyta już za dwie godziny.

Miły Pan doktor po badaniu zdiagnozował zapalenie ucha i przepisał antybiotyk. Nie byłam zadowolona, bo w Polsce jakoś udawało nam się od nich uchronić prawie zawsze. Ale z zapaleniem ucha to już nie są żarty – pomyślałam. Dawka 3 razy po 2,5 ml – czyli podczas śniadania, lunchu i przed snem.

 

I teraz słuchajcie… 🙂

 

Oczywistym dla mnie było to, że skoro to antybiotyk i to podawany trzy razy dziennie, to potrzebujemy zwolnienia ze szkoły (o restrykcjach związanych z nieobecnościami w szkole też jeszcze napiszę ). Na co usłyszałam, że córka może jutro iść do szkoły. Mam tylko zanieść ze sobą antybiotyk, żeby pani pielęgniarka mogła jej w czasie zajęć podać środkową dawkę.

Cóż! Moje wszystkie dotychczasowe informacje na temat antybiotyków legły w gruzach. Czyli antybiotyk działa od razu, a nie po trzech dniach? Czyli antybiotyk nie osłabia organizmu i w czasie jego stosowania nie jesteś bardziej narażony na wirusy z otoczenia? A i co z innymi dziećmi w szkole? Czy są już tak uodpornione takim traktowaniem, że nie zarażą się od mojej córki. W końcu co ze środkową dawką…naprawdę ma ją dostać w szkole? Tutaj od razu przypomniała mi się wychowawczyni z przedszkola w Polsce, która nie chciała nawet podać dziecku syropu antyhistaminowego i skarżyłą się na każde kaszlnięcie  🙂

Kolejnym zaskoczeniem była odpowiedź Pana doktora na moje pytanie o polecany lek osłonowy (probiotyk), która brzmiała: “Nie potrzeba”. Być może angielskie antybiotyki nie niszczą flory bakteryjnej organizmu, a nie czekacie…antybiotyki są takie same, tylko podejście inne.

 

Ale to jeszcze nie koniec. Kolejna niespodzianka czekała mnie w aptece. Tutaj muszę wspomnieć, że wszystkie lekarstwa w UK na receptę dla dzieci (do 16 roku życia lub 18 lat jeśli uczą się w trybie dziennym) są zupełnie bezpłatne – idziesz do apteki, oni wydają Ci lekarstwo.

Po zobaczeniu recepty pani farmaceutka nieco się skrzywiła i stwierdziła, że jej zdaniem to jest za mała dawka dla 5-letniego dziecka i chwyciła za telefon, żeby zadzwonic do lekarza. Wyobrażacie sobie taką sytuację w Polsce. Pani Magister podważa zdanie Pana Doktora! Dopiero by się działo…

Rozwiązanie tej sytuacji było takie, że po trzech godzinach zadzwoniono do mnie z przychodni z informacją, że recepta została poprawiona przez innego lekarza i przesłana faxem do apteki, gdzie czeka na mnie lekarstwo do odebrania. Na marginesie, antybiotyk w postaci zawiesiny (taki co jest proszkiem i wymaga zmieszania z wodą)po odebraniu był już zmieszany i gotowy do użycia. Trochę mnie to uraziło, bo czy oni myślą, że ja nie umiem odmierzyć 84ml wody? A tak serio, to była kolejna miła niespodzianka. Takie dbanie o klienta!

 

Jak widzicie, standardowa jakby się wydawało, wizyta u lekarza może przysporzyć tutaj wielu niespodzianek. Nie chciałbym wypowiadać się na temat tego, które rozwiązania wydają mi się „lepsze”, a które “gorsze”. Ocenę tego pozostawiam Wam. 

AutorOla

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *